Blogi
KSIĄŻKI KUCHARSKIE
Bardzo lubię je mieć. Niektóre są tylko po to, żeby pooglądać zdjęcia, niektóre po to, żeby dawać natchnienie, inne po to, żeby ugotować wszystko, co w nich jest, wypróbować wszystkie przepisy.
Nie lubię książek, które nie mają ładnych zdjęć, a w podanych przepisach są składniki, po które
musiałabym pojechać do sklepu w Szwajcarii, albo co najmniej w Warszawie. Jak widzę przepis, w którym potrzebne są trzy kasztany, cztery przegrzebki i dwanaście kaparów to książka jest zdyskwalifikowana – po pierwsze, jak wyżej, nie zamierzam podróżować po świecie tylko po to, aby móc ugotować jedno danie, a po drugie, co do diabła mam zrobić z pozostałymi w opakowaniu czterdziestoma ośmioma kaparami?? Wywalić? Ugotować danie cztery razy codziennie aż zużyję? Szukać kolejnych czterech przepisów, do których będą potrzebne kapary w liczbie po 12 sztuk? Takie przepisy akceptuję jedynie w pięknych albumowych wydaniach książek z rewelacyjnymi zdjęciami.
No to teraz scenka domowa. Mój mąż w zasadzie pozwala mi na wszystko! Kiedy oglądam magazyn, w którym jest przepiękna, dajmy na to torebka, albo sweter w cenie ½ mojej pensji – to mąż mówi „Jak Ci się podoba to kup sobie!” – wie przy tym doskonale, że w życiu nie wydam połowy
pensji na torebkę lub sweterek! Albo np. wczoraj znalazłam informację o nowym produkcie – Lubuski Gin&Tonic – gotowy drink w aluminiowej butelce o pojemności 200ml. – mąż mówi „Kup! Tak, ja wiem, że cztery zgrzewki…!” Ale np. kiedy mówię, że jest nowa świetna książka kucharska - mąż milczy jak zaklęty – i tak za każdym razem. I o co chodzi??










